Kanały:
Wpisy
Komentarze

Nowy rok, nowe cośtam

Little bit of this, little bit of that

Trochę późno na celebrację nowego roku, wszak jesteśmy już w połowie stycznia. Nie mogłem jednak rozpocząć nowego roku bez kilku zmian. Najbardziej rzucającą się w oczy jest oczywiście logo. Chciałem aby było w jakiś sposób połączeniem trzech elementów, dyscyplin które uprawiam. Ponadto mamy jeszcze te elementy zawarte w kulę ziemską z południkami i równoleżnikami (a dokładnie po jednym). Moim zdaniem wyszło świetnie. Co o tym sądzicie?

Innymi nowościami, nie tak efektownymi, a myślę że ułatwiającymi obchodzenie się ze stroną są -

- Dział „Wpisy”; teraz dzięki rozwijanemu menu, mamy wszystko w jednym miejscu, nawigacja pomiędzy poszczególnymi wpisami jest łatwiejsza.

- Dział „Mapy”; szczególnie strona mapa świata na której można wybierać wpisy ze względu na ich położenie na mapie. Jeśli będzie chciał ktoś poczytać sobie tylko o konkretnym miejscu, nie musi przeczesywać całej reszty wpisów, które czasem mogą mieć inną nazwę niż miejsce destynacji a wystarczy że wejdzie na mapę i kliknie w znacznik.

- Mały dynks jakim jest internetowy licznik zintegrowany z moim rowerowym za pomocą satelitarnych urządzeń (nah, wszystko ręcznie).

- Możliwość dzielenia artykułu bezpośrednio na FB, G+, Twittera dzięki przyciskowi Share znajdującego się na końcu każdego artykułu.

- Strona na Facebooku, zintegrowana z wpisami. Teraz każdorazowo po nowym moim poście, na facebookowej stronie Turystycznej Konserwy pojawi się o tym wzmianka.

Jakiekolwiek sugestie co można byłoby zmienić, ulepszyć, z samą stroną jak i mną, piszcie śmiało w komentarzach.

Widzę że już wiele osób kliknęło „Lubię to!” dzięki za wsparcie.

PS: Chciałbym jeszcze podziękować za starania Marcinowi, który pracował zawzięcie nad projektem loga, jednak nie mogłem go przyjąć z uwagi na zbyt duże honorarium jakie zażądał on za swoje dzieło. Niemniej jednak uzyskałem jego zgodę na publikację, z zastrzeżeniem praw wszelakich dotyczących jego pracy, aby rozreklamować jego talent wśród Internetów.

Copyright © All Rights Reserved

Travenalia 2011

Odwiedziłem jakiś czas temu festiwal podróżniczy, a konkretnie krakowskie Travenalia, festiwal młody, bo to dopiero ich druga edycja , jednak zaskoczony jestem pozytywnie organizacją, gośćmi i turystyczną atmosferą. Impreza odbyła się w UJowskim Auditorium Maxium, sala mogąca pomieścić ponad tysiąc osób nie była całkowicie zapełniona, po zdjęciach z poprzedniego roku można zobaczyć że frekwencja była niższa. Mnie to jakoś specjalnie nie przeszkadzało, przynajmniej nie trzeba było troszczyć się specjalnie o to czy ktoś nie zajmie nam ukradkiem miejsca podczas naszej wizyty w toalecie.

Jako że mogę i chcę, i z powodu że dawno nic nie było, opiszę pokrótce (no dobra, co ciekawsze osoby dostaną więcej miejsca) co się tam działo i dlaczego warto wybrać się na przyszłoroczną edycję.

Pierwszym który opowiadał o swoich przygodach był jegomość o swojsko brzmiącym imieniu Bartolomeo. Ów wybrał sobie za cel podróże z misją. Misją tą jest uśmiech, jest on propagatorem uśmiechu i wszystkiego co z nim związane. Podróżował głównie autostopem uśmiechem zdobywając sobie gościnę i towarzystwo, tak był np. w Brazylii, albo na Bali w Indonezji, pełen podziw. Jego wyprawy skoncentrowane są typowo na ludziach, trochę inaczej niż w moim przypadku, bo mimo że cenię sobie nowe znajomości, to nie są oni moim celem. Następnym punktem imprezy była relacja z Australii. Nie lubię Australii. I gościu w sumie nic ciekawego nie pokazał, wiadomo że widoczki ładne ale to wszystko. Następna prezentacja, na pewno lepsza niż ta australijska, taka bliższa ludzi, nie coś w stylu:  1) Miej kase / sponsora 2) Jedź

Była to wyprawa na Syberię nad jezioro Bajkał o której opowiadała pani Anna Grebieniow. Ta bardzo sympatyczna osoba przemierzała skuty lodem Bajkał, śpiąc na środku jeziora, robiąc sobie herbatę z lodu i łowiąc ryby w przeręblu, do tego gościnni Rosjanie nie pozwalali jej nie spożywać ich napojów narodowych za każdym razem gdy ją gościli. I tutaj muszę wtrącić, bo taka naprędce sklecona Syberia może nie wydawać się wielce imponująca w porównaniu z dokonaniami innych osób które przestawiały swoje trudne, miesięczne wyprawy do Nowej Gwinei czy Kolumbii i Ekwadoru. Ale… niektórzy ludzie nie potrafią po prostu opowiadać, a tym bardziej z przekonaniem. „O byłem tu, byłem tam, to fajna góra, a tutaj szkoła.” Na co mi wiedzieć że ta góra jest jaka jest jeśli nie ma z nią powiązanej żadnej szczególnej historii. Pani Anna nawet z parzenia herbaty potrafiła wydobyć zabawną historię, którą pamiętam dokładniej niż cośtam od gościa z Kolumbii.

Pangaea Expedition od Mike Horna – tutaj relację swoją przedstawiała młoda dziewczyna, Zuzanna. Piszę o tym projekcie z nie byle powodu, byłem kiedyś o włos od dostania się na kwartalny rejs, nie dostałem się przez moją starość. Projekt ma na celu propagowanie ekologicznego podejścia do świata, siły przyrody, szacunek i takie tam, przyjmują od 15-20 lat, ekspedycja zaczynała się w styczniu roku w którym w lutym osiągałem wiek 20 lat. Było minęło (żartowałem, ciągle jestem zły), tak samo jak Szkoła pod Żaglami kapitana Baranowskiego, była jak mnie nie było na świecie, potem zlikwidowali a jak już byłem za stary to wznowili. Chuje.

W tamtym roku, znaczy w 2010, żeby nie było pomyłek, gwoździem programu była Beata Pawlikowska, podróżniczka, pisarka, dziennikarka radiowa (polecam niedzielny „Świat według blondynki w Radiu ZET). W tym roku (czyli 2011) gwiazdą (każdy mógł mieć inną) była Marta Sziłatis-Obiegło, polska żeglarka która w wieku 23 wyruszyła na samotny rejs dookoła świata na Mantrze 28, z możliwością zawijania do portów, co nie umniejsza jej wyczynowi. Tak sobie pomyślałem, że został mi tylko rok do jej wyczyny, co oznacza, że nie osiągnę tego samego :)

Z początku co prawda dostaliśmy lekcję geografii co gdzie leży, ale nie trwała ona długo i nie zawiodłem się. Z dużym dystansem potrafiła opisywać sytuacje w których gafą gafę zastępowała. Dzięki temu że schodziła na ląd mogła opowiedzieć ile świń warta jest gruba kobieta na Tonga albo na ile sposobów można zabić rybę nie używając noża. Część z tego co mówiła wiedziałem z jej strony internetowej którą czytałem w miarę na bieżąco, strona ta była o tyle ciekawa że można było sprawdzać sobie aktualne położenie jachtu.  Szkoda jednak że nie udało mi się porozmawiać z panią Martą, akurat wychodziła z budynku gdy ja wychodziłem z kończącego się pokazu. Mógłbym się popytać o to i owo, pogratulować i życzyć dalszych sukcesów. Niby było później jakieś spotkanie w kawiarni, ale dla mnie było to już za późno (pociąg i te sprawy).

Podczas całej imprezy w holu można było kupić książki, mapy, zapisać się na kursy wszelakie jak i wrzucić karteczkę ze swoim imieniem do specjalnej skrzyni. Co z nią? Ano pod koniec pierwszego dnia została wylosowana osoba (prawie ja) która dostała bilet lotniczy gdziekolwiek, no gdziekolwiek lata Air France, a że ci latają prawie wszędzie więc jest w czym wybierać. Ameryka Południowa jest chyba na topie, ponieważ jak i zeszłoroczna jak i tegoroczna wybrały to miejsce na swoją podróż, dotychczasowego, życia.

Teraz na pewno częściej będę przeglądał kalendaria miast różnorakich w poszukiwaniu tego typu imprez. Mając wolny weekend, jest to lepsza alternatywa na spędzenie go niż weekend na midzie.

Galeria (jestem na jednym :) Zdjęć nie robiłem, znaczy robiłem ale umiejętności i sprzęt nieodpowiednie :)

Linki do stron -

Bartolomeo Koczenasz

Pangaea Expedition

Beata Pawlikowska

Marta Sziłajtis Obiegło

Nie

Jeszcze w tym roku chciałbym opisać moją wyprawę na Chorwację. Nieudaną. Wpis wypełniony będzie goryczą który wraz żalem i zniechęceniem nachodzą mnie za każdym razem jak pomyślę o tej trasie. Chodź niewątpliwie miała ona swoje dobre momenty, to jednak nie można uznać tego za sukces, to jak gdybym cieszył się z połowy przeczytanej książki kiedy chciałem przeczytać ją całą. Słyszę też głosy że to i tak sukces, ja bym nigdy się nie wybrała tam, opisz, może komuś się przyda, zobaczy jak to jest. No dobrze, opiszę, będzie krócej niż zazwyczaj.

Na szybko

Pałac Schonnbrun z ogrodami

Z początku wszystko szło gładko, pierwszy przystanek miałem zrobić w Czechach, w miejscowości Koprivnice gdzie zostałem ugoszczony przez Marketę z Honzą, był to mój pierwszy raz u kogoś, bo w Oświęcimiu teraz już często goszczę turystów. Niby małe miasteczko, niegdyś słynne z fabryki samochodów Tatra, a moi gospodarze pokazali mi ciekawe miejsca jakby to było centrum turystyki :) Park, muzeum motoryzacji, zamek (tylko z zewnątrz) i zaprosili do herbaciarni która jak do tej pory była jedyną herbaciarnią w jakiej byłem. To może znaczyć że a) nie byłem nigdy w herbaciarni b) nie ma herbaciarni w okolicy. Byłem pozytywnie zaskoczony tym miejscem, jego kameralność objawiała się tym że większość siedziała na poduszkach na ziemi grając w gry planszowe, grając coś na bębnach, popalając sziszę, a każda herbata podawana była w oryginalnym naczyniu i ze słowami „smacznego” w języku z którego pochodzi. Ja brałem Yerbę Matę :) Co więcej była z nami również mama Markety, prawdziwie młodzieńcza dusza. Co do samej herbaciarni, to założę sobie taką kiedyś. Jak będę miał dużo kasy. Czyli niebawem.

Z żalem żegnając Koprivnice ruszyłem w dalszą drogę, tym razem kolejnym większym przystankiem miał być Wiedeń, droga tam to dwie noce, pierwszą zaliczona na polu namiotowym „Przy Jeziorze” bez jeziora, następny nocleg na dziko w zagajniku już po stronie austriackiej, wszystko bez większych problemów do czasu gdy dnia w którym miałem dotrzeć do Wiednia odezwało się moje kolano. Nieszczęsne. Trzykrotnie otwierane. Podobno już dobre, widocznie nie do końca. Ale myślę sobie, nic, we Wiedniu mam trochę przerwy od pedałowania, pewnie przejdzie (jak już może udało wam się zgadnąć, nie przeszło).

Trzeba było wracać

We Wiedniu kolejny raz korzystałem z dobrodziejstw CouchSurfingu, mieszkałem u Manueli i Wolfa (friends with benefits). I choć nie mieszkali w centrum, metro we Wiedniu jest najlepszym metrem w jakim miałem okazję jeździć (nie jeździłem nigdy wcześniej), wszystko ładnie rozrysowane, wszędzie mapki, kolory odpowiednie dla konkretnej linii, nie da się zgubić. Sam pobyt we Wiedniu bardzo ciekawy, byłem w dwóch muzeach, jednym poświęconym historii naturalnej, drugie to muzem historii sztuki. Muzeum broni i uzbrojenia było w tym czasie zamknięte z powodu remontu. Przechadzałem się po ogrodach pałacu Schonbrunn, po rynku, po okolicach wzdłuż rzeki Dunaj. Nie narzekałem na brak zajęć.

Noga czasem się odzywała, choć do większości miejsc jeździłem metrem. Następnego, czyli trzeciego dnia, wyjechałem z Wiednia już w kierunku Chorwacji nie mając w planie dłuższych przestojów. Jednak po nocy spędzonej na dziko postanowiłem wrócić do Wiednia i przyjechać pociągiem do domu.

Życie…

Czyli dojechałem jeden dzień za Wiedeń.

Nie chciałem zostać gdzieś pośrodku słoweńskiego lasu nie mogąc się ruszyć. Z jednej strony mogłem jechać dalej, rozłożyć sobie to na mniejsze części, przeczekać z drugiej strony irytacja i takie poczucie że jednak nie wszystko zależy ode mnie, wygrało. Teraz zawsze jak o tym pomyślę, to aż mi się już nie chce jeździć. Mam nadzieję że mi przejdzie do wakacji, albo przerzucę się na inny środek transportu. To była dla mnie porażka życia.  Mimo wszystko dziękuję niektórym za słowa otuchy.

Pozdrawiam i preposterous new year

Na Chorwację

Planowanie jest proste, „pojadę tam na rowerze” i wszystko jasne. Jednak im bliżej godziny wyjazdu, tym wszystko staje się bardziej skomplikowane, a jak z jedzeniem? A jak z toaletą, bezpieczeństwem, logistyką? Jak się zapakować? Nie lubię okresu zbliżającego się wyjazdu, bo wtedy zazwyczaj polegam, i odpuszczam. Dziś już chyba nie zrezygnuję, wszak zostało mi 40 minut do zaplanowanego wyjazdu. W tym roku nie miałem dużo czasu na rozmyślanie, bo pomysł wyjazdu do Chorwacji, odkładanego z roku na rok, ponownie wpadł mi do głowy jakiś tydzień temu, w tym czasie poczyniłem niezbędne przygotowania, i choć wszystkiego nie udało mi się zrobić, np. wypisać i wydrukować użyteczne słówka niemieckie/chorwackie, to myślę że jestem należycie przygotowany, oby jeszcze aura dopisała.

Pierwszy raz będę korzystać z dobrodziejstw CouchSurfingu, w okresie od ostatniego wpisu gościłem u siebie trzy osoby, z Polski, dało mi to jednak bliższe rozeznanie czym CS jest a czym być nie powinien.

Nie mam zamiaru dużo zwiedzać po drodze, jeśli będę miał możliwość to zatrzymam się we Wiedniu na półmetku na jeden dzień, a później dalej nad Adriatyk, w samej Chorwacji kulminacyjnym punktem będzie rytualne zanurzenie mojego rowera w morskiej toni co pozwoli mu godnie przejść na zasłużoną emeryturę. U celu również mam zamiar zostać dłużej, dwa lub trzy dni. I powrót, nie jestem do końca pewien w jaki sposób będę wracał, nie wykluczam pociągu, ba nawet przez Oświęcim kursuje pociąg z Wiednia, więc pod sam dom praktycznie :)

No dobra, pewnie i tak spóźnię się na wyznaczony przeze mnie termin, jeszcze muszę iść po chleb na drogę i różne takie drobnostki sprawdzić.

Trzymajcie kciuki żebym nie umarł!

Do zobaczenia kiedyś tam!

Idea CouchSurfingu nie jest dla mnie nowa, artykuł o niej czytałem dobre dwa lata temu, a początek przedsięwzięcia sięga 2004 roku czyli już przeszło siedem (jak ten czas leci) lat świat może korzystać z dobrodziejstw Surfowania po (cudzych) kanapach. Niedawno jednak zdałem sobie sprawę ile w niej tkwi potencjału, jak ja mogłem tego nie zauważyć wcześniej? Teraz jednak nie czas na podsumowanie „dlaczego jednak tego nie zauważyłem”, przybliżę na czym polega ten pomysł.

Couch Surfing – z czym to się je?

Portal Couch Surfing skupia w okół siebie ludzi z całego świata którzy chętni są udostępnić dach nad głową strudzonym wędrowcom i także strudzonych wędrowców którzy odrzucają wygody (i ceny) hoteli na rzecz obcowania z ludźmi takimi jak oni sami.

Osoba taka, chętna przyjąć kogokolwiek, wypełnia profil na stronie, umieszcza zdjęcia tytułowej kanapy (oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by udostępnić Wielkie Łoże z Baldachimem +4 do wypoczynku, albo zwyczajnie miejsce na podłodze), wypisuje ile ma miejsca, czy oferuje łazienkę, kuchnię, koce, czy będzie na tyle chętna by oprowadzić, bądź użyczyć cennych wskazówek, w końcu ile dni naszego pobytu sprawi kłopot. Oczywiście nie na wszystkie prośby o udzielenie noclegu trzeba pozytywnie odpowiadać, niektórych może zniechęcić nie wypełniony do końca profil, bądź brak pozytywnych komentarzy, te ostatnie dostajemy zarówno jako gospodarze i jako goście, oznaczają one że nie zabijamy i nie gwałcimy nikogo przed jak i po zakwaterowaniu.

Ileż daje to możliwości! Społeczność liczy już milion osób, także naszą przyszłą kanapę możemy znaleźć praktycznie w każdym zakątku świata, już nawet nie chodzi tutaj o możliwość zaoszczędzenia, choć sam muszę przyznać że jest to wielki plus, bo przykładowo jadąc do takiej Francji, najpodlejszy przybytek gdzie będziesz mógł spać to pewnie koszt z 20 €, co na nasze, jest kwotą dosyć pokaźną, a takim wypadku nie płacimy nic, a nawet zyskujemy. Zyskujemy możliwość spotkania ludzi, porozmawiania z nimi po zagranicznemu, i spędzenia czasu w innym towarzystwie, jeśli się nam poszczęści to zyskamy i przewodnika który wskaże nam miejsca ciekawsze (i na pewno mniej zaludnione) niż te opisane w przewodnikach, i dobre rady, swoiste tips & tricks dotyczące okolicy. Jako goście, możemy poopowiadać o naszym kraju, zwyczajach bądź np. ugotować coś regionalnego np. bajgos :)

Byłoby na prawdę świetnie pojechać gdzieś na Couch Surfingowych zasadach, a jeszcze lepiej byłoby ugościć kogoś na własnej kanapie. Oświęcim może nie jest miejscem do którego turyści nie przyjeżdżają hordami, ale może ktoś ma w planach zobaczyć obóz, albo wybrać się w Beskidy, kto wie, czekam z otwartymi ramionami. A sam, może już w tym roku wypróbuję kanapowe surfowanie.

Button do strony w dziale bannery (po prawej stronie na dole). Zapraszam i zachęcam do powiększenia społeczności!

Yoho!

Takich widoków nad morzem będzie potąd! (zdj. z okna z Oświęcimia)

W tym roku, próbując czegoś innego niż rower, podchwyciłem pomysł mojej mamy z lat wcześniejszych, aby przejść w wakacje na piechotę całe polskie wybrzeże, plażą, bosą stopą. Gdyby chciało się przejść całą linią brzegową wyszłoby około 500 km. Gdyby jednak liczyć jedynie (albo aż) morskie wybrzeże, odległość wyniesie troszkę ponad 300 km, bo trochę bez sensu przechodzić Hel dwa razy, stroną morską i zatokową, albo męczyć się po jakiś portowych miastach w zatoce, ale to już kwestia uzgodnienia, choć mam nadzieję że nie będę tego uzgadniał sam ze sobą i znajdzie się ktoś chętny na romantyczny spacerek plażą, codzienne wschody i zachody słońca!

Wstępnie myśląc co i jak,  zakładając krótszą wersję, wychodzi 300 km w dwa tygodnie, po około 20 dziennie, co nie jest dużą odległością, 4h dziennie, mając do dyspozycji 24h to nic. Jedzenie we własnym zakresie, spanie w namiocie,  a może będzie się dało wykorzystać czyjąś kanapę.  Jest to już osiągnięcie którym można się pochwalić, a nie jest źle zabiegać o sławę, można przy okazji sprawdzić samego siebie.

Na pewno sam nie wyruszę, choć logistycznie przedsięwzięcie to jest mniej wymagające niż jakiekolwiek rowerowe, liczę na zainteresowanie ze strony czytelników!:)

PS: Co do czytelników, to w miesiącu październik, został pobity miesięczny rekord odwiedzin Turystycznej Konserwy, co może wydawać się dziwne biorąc pod uwagę brak publikacji w tym okresie.

Do przeczytania następnym razem.

Jak zwykle z lekkim poślizgiem publikuję wpis, tym razem jest to zapowiadana już relacja z krótkiej wyprawy do Wrocławia na koncert Marka Knopflera.

Dzień Pierwszy: dystans 177, 74 km, średnia 19,2 km/h, max 38,2 km/h, czas 9h14m

Jak już pisałem we wstępie pomysł wpadł nagle i dobrze, takie spontaniczne pomysły są o tyle dobre, że z moją tendencją do rozmyślania i analizowania wszystkiego pewnie znalazłbym dużo przeciwko wyjazdowi, a tak po prostu nie miałem na to czasu.

Miejsce obiadku

Jak również pisałem we wstępie planowa trasa to ~220 km, jak dobrze że jednak nie skusiłem się na tą opcję bez namiotu, znalazłbym się pewnie w środku lasu gdzieś po 22 w żadną stronę nie mając blisko. Ale zacznijmy od początku. Wyjechałem tak by zdążyć przejechać znacząca odległość przed południowym słońcem, przed piątą rano już byłem w drodze na Pszczynę. Nie robiłem dokładnej trasy, w mapniku miałem kartkę z numerami dróg na które muszę skręcić, a mapę trzymałem schowaną by skorzystać z niej w ostateczności. Plan powiódł się świetnie, około godziny 11 miałem zbliżałem się już do 100 kilometrów, a trzeba przyznać że wysiłek włożony w taką jazdę jest nieporównywalnie większy niż jazda na gołym rowerze.

Po odpoczynku w Kędzierzynie Koźlu, gdzie zrobiłem sobie dłuższą przerwę połączoną z obiadkiem w przyszpitalnym parku mus było ruszać w dalszą drogę. Tak sobie myślałem wtedy że mało co się działo dotychczas a już trochę przejechałem, zawsze coś tam było co można było właśnie tutaj zanotować, a jedyne o czym mógłbym wspomnieć to noga która odzywała się w bardzo niespodziewanych momentach i nie mogłem zrozumieć jaki ma problem. Nawet pytałem się jej kilka razy „what wrong with you?!”, nie raczyła jednak odpowiedzieć.

Przede mną, jak myślałem, jeszcze połowa, dam radę zrobić to na raz, nawet jeśli miałbym te kilka kilometrów zrobić w nocy.

Również przede mną znajdował się Gogolin, nie mogłem ominąć tak ważnej atrakcji turystycznej leżącej na mojej

Poszła Karolinka ...

drodze. W Gogolinie musiałem zrobić zdjęcie pomnikowi Karolinki która tam właśnie szła i Karliczka który za nią podążał. Samo miasto, centrum, bardzo ładne, wiele budynków ładnie pomalowanych w kwieciste akcenty, fontanna. Zresztą na zdjęciach dobrze to widać.

Przejechana trasa

Dalsza droga to małe nieporozumienie, sposób mojej jazdy przez cały ten dzień wyglądał tak jak na schemacie obok, akapit ten obrazuje środkową jego część. Jak głupi, nie pamiętając co się stało z Jasiem i Małgosią gdy dali się namówić starej babie, tak i ja dałem się namówić staruszce na magiczny skrót przez równie magiczny las, który miał mnie w magiczny sposób wyprowadzić na tym razem już całkiem zwyczajną drogę do Niemodlina. Coś w tej puszczy mistycznego musiało być, chociażby wtedy gdy będąc na południe od A4 przejeżdżając wiaduktem dwa razy (tam i z powrotem) znalazłem się na północ od niej. Zadziwiające? Również dla mnie, do dziś nie potrafię rozszyfrować tej zagadki jak przejechałem przez ten las, mogę do tego dodać jeszcze że jadąc w kierunku słońca o godzinie 17 powinienem jechać na południowy zachód, a tymczasem okazało się po tym wszystkim że jechałem na wschód, po tym wszystkim też okazało się że na Google Earth nie ma takich dróg którymi ja jechałem, nie ma ich również na w miarę dokładnych mapach. A wcześniej narzekałem na nudę.

Będąc świadomy tego że zaczęło się już ściemniać zacząłem szukać noclegu, byłem pewny z początku że wbiję się gdzieś w las, ale nawet przy krótkim postoju na przelanie wody do bidonu wsiadałem na rower uboższy o ilość krwi o którą biły by się lokalne stacje krwiodawstwa. Szczęściem niedaleko ujechałem gdy wskazano mi lotnisko miejscowego aeroklubu. Nocleg na lotnisku? Czemu nie? Kierownik lotniska gdy przyjechałem naprawiał dach hangaru, albo czegoś tam, generalnie był na wysokim budynku, powiedział że jasne, mogę się rozbić tutaj za myśliwcem (już nie używanym). Po rozbiciu namiotu zrobiłem sobie herbatę, przygotowałem chleb z konserwą (zgadnijcie jaką?) zjadłem trochę i zasnąłem…

Dzień drugi: dystans 112,30 km, średnia 18,7 km/h, max 50 km/h, czas 6h

… a obudziłem się na wpół zjedzoną kolacją. To się chyba nazywa paść na cycki. Mimo wycieńczającego dnia wstałem dosyć wcześnie, bo o godzinie 8, godzinę później pedałowałem już niestrudzenie do mojego następnego, i ostatecznego celu mojej podróży. Tego dnia słońce również dawało się we znaki, ale dawałem radę, fajna jest chustka którą kupiłem za 15 złotych razem z plecakiem i nowym śpiworem, nigdy nie lubiłem nosić czapek, szczególnie z daszkiem, a taka chusta to idealne rozwiązanie mające wiele innych zastosowań.

A4 z innej perspektywy

Będąc w połowie trasy, dosyć szczęśliwie zabłądziłem, nie był to wyczyn porównywalny do dnia poprzedniego, ot jeden kilometr nie w tą stronę. Czemu szczęśliwie? Otóż dojeżdżając do końca drogi asfaltowej doszło do mnie że coś jest nie tak, postanowiłem zapytać się mieszkańców pobliskiego domu. Otworzył furkę mi pan w średnim wieku z wielkim brzuchem, spytał się skąd jadę, ja mu na to że z Oświęcimia, ten przypatrzył mi się i odpowiedział „widać” :D Wraz z żoną zaprosili mnie do przydomowego ogródka, spełnili dwa pierwsze uczynki miłosierdzia. Okazało się że ów pan, też niegdyś dużo jeździł, bardziej kolarsko, a teraz, choć szczerze nad tym ubolewa, nie chce mu się pojechać do sąsiada. Odpoczynek dobrze mi zrobił, bo to centrum Wrocławia miałem już niedaleko, ostatnia prosta była niezbyt fajna, dużo samochodów, wąska droga, a mus mi było tamtędy jechać, bo była to jedyna droga do miasta.

To był koniec, rowerowej podróży, wspomnę jeszcze ze zgubiłem trampki, widocznie niezbyt dobrze przytroczone do bagażnika, na środku skrzyżowania. Ciekawie to musiało wyglądać jak po odstawieniu roweru wszedłem na środek skrzyżowania i zabrałem stamtąd trampki :)

Cóż mogę powiedzieć jeszcze o trasie. Przekonałem się już po raz drugi że jazda gdzieś konkretnie nie jest najlepszą formą turystyki. Gonią terminy, wyznaczają konkretne trasy, którymi musisz jechać nie chcąc nadrabiać dodatkowych 50 km, poza tym jazda w miastach z bagażem nie jest przyjemna, krawężniki i przechowywanie roweru po hotelach również nastręczaja problemów. Następnym razem gdy będę gdzieś jechał w konkretnym celu, to pociąg. Jak będę chciał się przejechać nawet na drugi koniec Europy to wezmę rower, bo nic oprócz samego siebie nie będzie mnie

Pokój w hotelu Avangarde

ograniczać.

Etapy nierowerowe i koncert.

Pokój, w którym, jakżeby inaczej, płaci się jedynie się za łóżko przyszło mi dzielić z

Wrocławski rynek

holenderską parą, która tegoż samego wieczora już wyjechała, operatorem dzwigu z kiepską wizją polskiego społeczeństwa i dwoma bikerami z Bielska którzy przyjechali pociągiem na podobno najlepszy skatepark dla bmx’ów w kraju. Spotkałem jeszcze przy wejściu Rosjanina który podróżował podobnie jak ja, pochodził z Piotrogrodu czy jak kto woli dawnego Leningradu, choć jak sam mówił przejechał dotychczas 500 km. większość trasy pociągami a nocuje po hotelach.

They see me rollin'

Trzeciego dnia mając do dyspozycji czas wolny do godziny 18, kiedy to otwierano bramy do Hali Ludowej. W tym czasie wyszedłem zobaczyć conieco miasta. Wrocławskie centrum jest ładne, ale żeby się zachwycać i wpychać na piedestał to trochę przesady, mimo wszystko wrażenie robiła dobrze zagospodarowana Odra, przystań jachtowa, kajaki, dużo mostów. No i te wrocławskie krasnale ;)

Około godziny 16, jeszcze po odświeżającym prysznicu, spotkałem się z Anią, której to sprzedałem zapasowy bilet (a żałujcie że to nie byliście wy!). Razem już poszliśmy w kierunku hali, tam mieliśmy spotkać jej znajomych którzy również wybierali się na koncert tyle że miejscówki mieli po drugiej stronie widowni. Bardzo fajni ludzie, z początku obawiałem się na jakich osobników trafie, ale po przemyśleniu doszedłem do wniosku że Marka Knopflera & Dire Straits słuchają osobnicy z mnóstwo ok! Przed samym koncertem wyłączyłem moje skąpstwo i kupiłem t-shirt za 100 złotych + 4 badziki. Zdjęcie z koszulką w linku.

Zdjęcia autorstwa "gciszewski"

Zdjęcia autorstwa "gciszewski"

Koncert trudno opisać, użyję słowa epic, nie często bywam na tego typu imprezach, ale zaskoczyło mnie to pozytywnie. Średnia wieku na widowni oscylowała w granicach 50 lat, jednak wrzawa jaką publiczność robiła po kilku utworach… nie sądziłem że ci ludzie są do tego zdolni. Cudowny był utwór „Telegraph Road”, nie wiem czy to będzie bluźnierstwem, ale zaryzykowałbym stwierdzenie że była to lepsza wersja niż z legendarnego koncertu Alchemy. Inne utwory z irlandzko folkowym posmakiem również genialne wpasowały się w klimat koncertu, nie będę dużo opowiadał, trzeba to usłyszeć. Na szczęście mając muzykę z koncertu nagrywaną live, mogę przeżywać to wydarzenie w nieskończoność.

I zwyczajowo linki do całej galerii, która nigdy nie będzie obfitowała w wiele dobrych jakościowo zdjęć, dopóki nie kupię sobie własnego aparatu;

http://picasaweb.google.pl/gciszewskii/MarkKnopflerWrocAw2010# – bardzo dobre jakościowo zdjęcia

http://picasaweb.google.com/konrad.lech – moje zdjęcia ;)

PS: Pozdrowienia dla Ani, Oli i Oskara :)

Koncert Marka Knopflera we Wrocławiu

Mark Knopfler

Jestem własnie w drodze do Wrocławia na koncert Marka Knopflera solisty i niegdysiejszego frontmana zespołu Dire Straits, zespołu przeze mnie ukochanego. Pomysł żeby pojechać tam na rowerze wpadł mi do głowy znienacka, sam nie wiem kiedy w sumie, ale chwalę tą chwilę.

Do samego Wrocławia nie jest daleko, moja trasa to około 210 – 220 kilometrów więc na upartego mógłbym nie zabierać sakw, namiotu i całego biwakowego ustrojstwa, tylko pocisnąć w jak najlżej w jedną stronę. Pewnie odezwało by się w połowie moje kolano: – „Ej gościu! Szanuj se mnie!”, a że noclegi w namiotach to zawsze jakaś atrakcja można podzielić trasę na dwa dni.

Co do dni, jadąc na dwa zabieramy tylko minimalnie mniej rzeczy niż na tydzień, czy dwa. I tak trzeba mieć komplet do spania, komplety do gotowania i higieny, kilka par skarpet czy podkoszulek nie robią różnicy. Także mam tak samo ciężko jak na Mazurach mimo że jadę na krócej ;) Trasa jest przygotowana na oko, nie muszę się śpieszyć bo mam dużo czasu.

I co jeszcze nowego?

Z nudów chyba, bądź z chęci zrobienia czegoś nowego zacząłem uprawiać sobie triathlon, czyli trójbój. Triathlon składa się z trzech konkurencji wykonywanych jedna po drugiej z czego pierwsza to pływanie, druga, jazda na rowerze i ostatnia bieg. Dystanse są przeróżne (można poczytać tutaj) ja oczywiście zacząłem od najkrótszego nazywanego „Super Sprinterskim”, na moje potrzeby przekształcony w „Super Light” :) Odległości w tej kategorii to 0,6 / 15/ 3 km pływania/roweru/biegu. Liczby nie powalają na kolana, ale wszystko razem może dać w kość.

Celem, dosyć odległym mógłby być dla mnie Triathlon Ironman, w którym w jeden dzień, ba, w mniej niż 17h trzeba przepłynąć 3,8 km, przepedałować 180 km i doczłapać na metę po 42 km biegu. Jazda na rowerze jeszcze ok, ale na pewno nie z dwoma innymi konkurencjami, po których umarłbym bez pytania. Czas jednak pokaże bądźmy dobrej myśli.

Mniej czasu spędzać będę przy komputerze, nie przełoży się to w jakiś pozytywny sposób na moją pozytywną aktywność. Po prostu kupuję PS3 i teraz przesiądę się na konsolę. Wraz z największym monitorem świata, przy którym będę musiał iść 7 dni i nocy by zobaczyć co jest po drugiej stronie ekranu będę mógł grać w Red Dead Redemption! Sasasasa! I już nigdy nie będę pisał „PS” po to by przy trójce dodać „Chce je mieć” Myślę że będzie spoko!

Do zobaczenia za ileś tam dni, powrócę z relacją z wyprawy i koncertu!

See ye!

Witam w nowym roku

Kolejny wpis po 5-miesięcznej przerwie, przerwa długa niemiłosiernie, to fakt, mimo to nie chciałem zapychać jej byle czym. A że w zimie mimo iż można czasem pojeździć na rowerze, to nie ma w tej jeździe nic szczególnego do opisania. Ot tak sobie hasałem jak hasacz po maksymalnie 60 – 70 km.  Wraz z nadejściem wiosny, a szczególnie ciepłej jej części, wielkimi krokami zbliżają się plany, tak skrupulatnie szlifowane przez długie zimowe wieczory. Jednym z wielu planów był powrót w góry, w które pierwszy raz zapuszczałem się z miejscowym kołem PTTK. Młodym był wtedy i głównie bieganiem i podbijaniem pieczątek się interesowałem. Z czasem chciało się iść, a nie miało się z kim.  Szczęściem na mojej drodze stanął jeden Gościu, który podobnie ja ja miał częste problemy ze znalezieniem kogoś na wyjście. Tak mimo wielu przeciwności wyszedł pomysł z wejściem na górę Żar. Górę niezbyt wysoką, z niezbyt długą i wymagającą trasą, lecz na pierwszy raz idealną.

Góra Żar, wyjście z Kocierzy

Około 4;40

By zdążyć z powrotem na godzinę 16, trzeba było wyjechać wcześniej. Ruszyłem spod bloku o godzinie 4;30 w nocy, ciemniej być nie mogło. Mrok był rekompensowany przez zerowy ruch na drodze, można było więc swawolnie poruszać się pod prąd. Tym razem rower służył mi jedynie jako transport do Oświęcimia, mimo tego nie należy umniejszać jego zasług, a hańba jego brodzie kto tak pomyślał!

Trasę dojazdową pokonaliśmy samochodem. W trakcie jazdy było mi okropnie zimno, zrazu zmartwiony byłem że umrę z zimna po drodze już pieszej, ale chwile po wyjściu z samochodu, zrobieniu kilku kroków, ciepełko wróciło. Morał z tego taki że samochody są złe, zabijają i zatrzymują krążenie ludzi którzy nieświadomi tych czynów oddają swój los czterem kółkom.

Tablica z oznaczeniem szlaku wskazywała 3:45h marszu w stronę Zapory w Porąbce, na Żar jest znacznie bliżej więc

Gdzie wiecznej nocy zaległy cienie

założyliśmy że 3h starczy w zupełności. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem, włączając przy okazji stoper. Widoki z pewnością byłyby pierwszej piękności, gdyby nie fakt że przez całą drogę „do” towarzyszyły nam widoki takie jak na zdjęciu obok. Nie zmniejszyło to zanadto odczuć co do trasy, gdyż ciekawym doświadczeniem jest przejść się przez taką mgłę, można było się poczuć jak w Górach Mglistych ciągnących się przez Śródziemie.

Mniej więcej po godzinie marszu znalazłem z pozoru niewinnie wyglądający kij…

Trasa nie była ciężka, błota było na tyle by można było bez problemu przejść, i trochę ponarzekać. Podobnie było z deszczem. Ten dał o sobie znać dopiero gdy osiągaliśmy cel, już na asfaltowej drodze wiodącej do ośrodka na Żarze. Na górze mgła była tak gęsta, że ciężko było zobaczyć nawet wodę w zbiorniku nie podchodząc do ogrodzenia, nie mówiąc już o innych szczytach. Szczęściem na czas intensywniejszego deszczu udało nam się schronić pod wiatą.

Nie padało długo, a gdy już przestało, odsłoniły się przed nami widoki których nie doświadczyliśmy przez większość drogi.

Widoki z Żaru 1

Widoki z Żaru 2

Zdjęcia nie oddają w pełni tego co można było ujrzeć na własne oczy, lecz nawet ta namiastka pokazuje że nawet w czasie niepogody widoki są prześwietne i można doświadczyć wiele ciekawych zjawisk których próżno szukać przy palącym słońcu.

„Kostur Wędrowca”

Wspomniałem  wcześniej o znalezionym kiju, był on na dole rozgałęziony, nie było to problemem, bo nie po to się nosi scyzoryk by sobie nie móc piłką do drewna go obciąć.  Tak sobie idę z nim w jedną stronę, po tym czasie stał mi się on na tyle bliski że myślałem co z nim zrobić.  Nie zabiorę go do domu, raz że jeden już taki mam w szafie, a dwa że ciężko mi będzie go przewieźć na rowerze do domu, mógłbym to zrobić upodabniając się do Lancelota z Jeziora trzymając ów

Strug, strug

kij niczym lance i szarżując na czterokołowe potwory. No to sobie myślę dalej i myślę, że to taki Kostur Wędrowca, czasem w grach jest taki przedmiot dający +2 do czegoś tam. A że miałem już ten scyzoryk otwarty, i fajne się dłubało to postanowiłem wygrawerować sobie piękną nazwę na całej długości. Zadowolony strugając sobie literkę po literce nagle uświadomiłem sobie że wyrycie napisu nie rozwiąże mojego problemu, co z nim w końcu zrobić. Kolejny raz myśląc z przerwami na struganie wymyśliłem.

Prawie jak runy

Zrobię taką akcje, gdzie za każdym razem będąc w górach, strugał będę taki kij, wypisywał nazwę i kładł go gdy skończę trasę by przydał się komu innemu, dodając kartkę by postąpił tak jak ja, czyli nie zabierał kija do domu, tylko zostawiał go na końcu swojej ścieżki.

Najgenialniejszy pomysł od ostatniego genialnego pomysłu. Będzie tych kosturów tak dużo, że zaczną być one popularne wśród ludu, będzie o nich mowa w wiadomościach, na internecie i w schroniskach PTTK, czasem mogę wyryć bądź napisać na kartce adres strony by ją rozreklamować a dodatkowo umożliwi to pokazanie siebie z kosturem :D Ciepło mi się zrobi na serduszku

Wymyślone na poczekaniu, nie wiem czemu bez przecinków

gdy myślę że będąc w nowym miejscu zobaczę ów kij,  usłyszę o nim od kogoś innego, bądź gdy ktoś skontaktuje się ze mną dzięki Turystycznej Konserwie. Jest jeszcze kilka rzeczy które trzeba byłoby dopracować, bądź inne losowe które mogą stanąć na przeszkodzie rozprzestrzenieniu

Tak był widziany po raz ostatni

się kosturów na cały świat. Lecz mimo to dzięki nim moja sława będzie wielka i nieprzemijalna! Mwahahahaha!

Powiedz że nie błyszczy w tym geniusz, a zarzucę Ci kłamstwo!

Więcej zdjęć na:

http://picasaweb.google.com/konrad.lech/Zar2010#

Wieści z innych frontów

Przymierzam się do kupna nowego roweru, miałem okres w którym byłem na 100% przekonany o zakupie, teraz wróciłem z powrotem do statusu „przymierzam się”. Gdyby jednak, byłby to rower TAKI, tyle że koloru białego. Dodatkowo wraz z rowerem sprawiłbym sobie plecak i śpiwór, a także mnóstwo innych rzeczy do rowera jak kask, nowy licznik (aktualny się zepsuł), komplet wzmocnionych dodatkowych kół, dodatkowe światełka, toolset itp. Plan na najbliższy miesiąc to Góra Ślęża.

Na froncie wodnym bez zmian.

Dziękuję za lekturę, zachęcam do komentowania, a także do subskrypcji wpisów by być na bieżąco, mogę zapewnić że te będą pojawiać się częściej i regularniej niż dotychczas.

Pozdrawiam

Konrad Lech

Wreszcie…

Hell yeah!

Wreszcie osiągnąłem upragniony, rzeknę, kamień milowy mojej rowerowej kariery, długo wyczekiwany, i ciułany w niewielkich odległościach w ostatnich tygodniach. Kilometry te widziały wiele, zmęczenie, wycieczenie i chwile zwątpienia ale też radość z samej jazdy i z osiąganych celów, widziały rzeczy naprawdę osobliwe, czuły wiatr w czymś tam (bo przypominam że kilometry nie mają włosów),  słyszały najlepsze kawały i gagi które sam dla siebie wymyślałem, czuły krew (thx Jen) i pot na nie przelewany, i łzy… jadąc 65 km/h z górki…

Eh, miało pompatycznie, a skończyło się jak zwykle, niemniej jednak,  ta ilość robi wrażenie, przyjemniej na mnie, a teraz by zrobiła wrażenie i na was:

  • to 1/4 obwodu całej naszej kochanej Ziemi
  • to trasa z Woli do Hong Kongu
  • to trasa z Woli do Kalifornii w linii prostej
  • to trasa z Woli na Hawaje w linii prostej
  • to 9 wyjazdów nad morze nasze polskie tam i nazad
  • to 646 wyjazdów do Oświęcimia
  • 5399 mil morskich (jeszcze nie tyle co cpt. Nemo, a propos jego postaci, oto Nautilius)
  • 559597 sążni

Podsumowanie roku 2009

Rok ten był, albo jeszcze jest, wyjątkowo udany, uważam go za jeden z lepszych lat w moim życiu, spędzony najpełniej, co nie znaczy że pełniej się nie da. Z drugiej strony taki obrót sprawy dał do myślenia nad swoją przeszłością, że można by było, ale się nie chciało, ale było coś innego, albo były złe decyzje. Ale cóż, mimo chęci najszczerszej, czasu się nie cofnie, i do tej pory zmarnowane lata takowe pozostaną, myśl pozytywna to taka, że skoro już to wiem, nie będę tego ciągnąć dalej.

Ke? Komendante?

Najwięcej dała mi trasa na Mazury , mimo jej przedwczesnego zakończenia pokazała o co w tym wszystkim chodzi, i że nie taki diabeł straszny. Miło też wspominam, krótki bo krótki, wyjazd na FmF do Krakowa połączony z zamkiem Lipowiec. Chętnie zobaczyłbym zimowy krajobraz okolicy z wieży zamku, nie dojadę tam na rowerze, ale busem, czemu nie? Za rok również trzeba będzie się wybrać na III już ostatni FmF z Władcą Pierścieni, więc chcąc nie chcąc, zamek Lipowiec w Wygiełzowie będzie najczęściej odwiedzanym przeze mnie zamkiem ever ;)

Bogaty był ten rok również pod względem żeglarskim, do wielkiego zlotu żaglowców w Gdyni i rejsie po Bałtyku brakowało wprawdzie choćby tygodniowego wypadu na Mazury, ale to jest to przebolenia, i co najważniejsze nadrobienia w roku następnym.

Co się nie udało w tym roku? Na pewno plan odwiedzenia wszystkich classmate’ów z III d liceum,  kilku z nich mogło cieszyć się moją błogosławioną wizytą, zdjęcia trzymam gdzieś w najgłębszych zakamarkach dysku twardego.  Nie udało mi się również wyjść w góry, stworzyłem nawet osobną kategorię pod „Rowerem” i nad „Pod Żaglami” (nadpod), ale jak widać (a właściwie jak nie widać) nie udało się jej zapełnić.

U Nora w odwiedziny. Byliśmy tacy młodzi...

Co tyczy się roweru, w roku 2009 przeszedł kilka zabiegów, zmienione zostały w nim koła na wzmocnione, tylny tryb wraz z łańcuchem również doczekał się przejścia na zasłużoną emeryturę, piankowe uchwyty na kierownice zostały pokryte czarną taśmą izolacyjną i wyglądają o niebo lepiej niż przedtem. W tym roku przydałoby się wymienić pedały, bo już się kruszą i cały tryb przedni, spróbuję to zrobić sam, ale pewnie będę szedł do serwisu z rowerem na plecach. No dobra, nie jest już tak tragicznie, z centrowaniem sobie już radzę dosyć dobrze :)

Co jeszcze się zepsuło? Na pewno moje kolana, chrupią jak chrupie się świeżutką marchewkę, mówią żebym chodził na basen, że to pomoże, zima jest dobrym do tego momentem.

I najgorsza wiadomość, w liczniku, którego oglądanie jest niewątpliwym zaszczytem, kończy się bateria, widać to po wyblakłych cyferkach. A wymiana baterii skończy się najprawdopodobniej resetem kilometrów, do czego nie chciałbym dopuścić. Następny musi mieć opcję pamięci przy zmianie baterii i limit większym niż 19 999, obowiązkowo!

Plany na rok 2010

W roku 2010 tym razem wystarczy mi powtórzyć wynik z tego roku w km, choć mam nadzieję że będzie ich znacznie więcej. Może powiem tak, nie wpadłbym w depresję gdybym przejechał mniej kilometrów niż w tym roku, ale za to w bardziej urozmaiconych wyjazdach, zostawiając już raz na zawsze trasę Wola – Wola przez Gilowice i Brzeszcze.

Greenways

W planie flagowego wyjazdu, tych fantastycznie rozbuchanych pomysłów nie podam, minimum będzie szlak Greenways Kraków – Morawy – Wiedeń, który to szlak biegnie przez moją Wolę, będzie to łatwa w organizacji trasa gdyż jest już wyznaczona, i prowadzi nas przez tereny gdzie nie napotkać czegoś ciekawego jest wybitnie trudno.

Strona tej trasy TU

Jest też inny pomysł na następne lata, a mianowicie sieć 12 szlaków EuroVelo przecinająca całą Europę wzdłuż i wszerz. Trasa EV4 prowadzi, podobnie jak Greenways, przez niedawno zamknięty most na Wiśle w Harmężach.

Strona ECF TU

Plany inne niż rowerowe opierają się na założeniu „byleby były”, także w tym roku rejs po morzu odpada z przyczyn finansowych, pozostaje jedynie własna organizacja rejsu na Mazurach, do którego są już chętni, i który nie skończy się tak jak ostatni. Na górskie trasy jedno miejsce jest już zaklepane, być może będzie ich więcej.

Kupno roweru odłożę na lata bliżej nieokreślone, stary poczciwiec sprawuje się po remoncie znakomicie, jeszcze gdy wymienię resztę części, to będzie jeździł lepiej niż za czasów swojego dzieciństwa. Jest to dobry rower, a zmienianie tego co dobre prowadzi do złego

Co mogę dodać?

Na stronie doszły 3 nowe zakładki, są to teraz oprócz „Strona główna” i „O mnie” także ‘Archiwum” dla czytelniejszej wizji wszystkich artykułów, „Kontakt” by umożliwić kontakt ze mną ludziom którzy chcą to zrobić (a których nie ma) i „Ogłoszenia” w którym będę zamieszczał ogłoszenia maści różnej od propozycji wyjazdów po kupię / sprzedam.

Zgłębiając się w „Ogłoszenia”, FmF z Władcą Pierścieni zyskał odzew w postaci „też bym pojechał/ała, tyle że nie widziałem/ałam”, teraz nie będzie wymówki, choć można też nie wiedzieć że ów ogłoszenie jest,  toteż zachęcam do czytania tej zakładki od czasu do czasu dla relaksu.

Oczywiście zdaję sobie sprawę że nie każdemu się chce jechać gdziekolwiek na rowerze, a wiadomo żem człowiek do ugody skory, zawsze można wybrać pociąg bądź samochód. W innych przypadkach krótszą bądź inną trasę w zależności od preferencji i upodobań. Pierwsze ogłoszenia już na dniach!

Mam nadzieję że będzie to trafiony pomysł, i że znajdzie się choć jedna osoba która po przeczytaniu ogłoszenia w „Ogłoszenia” skontaktuje się ze mną przez „Kontakt” ^^

Również wkrótce na stronie powinien pojawić się odnośnik do podobnemu temu z wyglądu bloga, traktować on będzie o grach komputerowych i tym co może gracza zainteresować. Stron o takiej tematyce jest znacznie więcej, więc strona nie wyskoczy na pierwsze miejsce w Googlach, a będzie kampić gdzieś w optymistycznej wersji na 5 – 6 stronie. Potrzebuję do tego jeszcze nazwy, kilku tekstów i można ruszać. Gdy ruszy, serdecznie zapraszam :)

Oprócz tego strona w nowym roku może zmienić szatę graficzną, i pozycję co poniektórych odnośników. Może być bardziej rowerowo, choć jesienny most który od początku jest z Turystyczną Konserwą nie zniknie z naszych serc, prawda?

To tyle na ten czas. Tradycyjnie podziękuję za przeczytanie i również tradycyjnie zaproszę do komentowania.

PS: Tym razem bez PS ‘ ów

PS2: Cholera zrobiłem to :/

PS3: Aaa dobra, niech będzie

PS4: Zaktualizowane o dwa zdjęcia

Konrad Lech

Rowerzysta postrzegany jest przez kierowców jako zawalidroga który jeśli akurat nie jest pijany, to z pewnością nie ma świateł, a z przepisami jest na bakier, ci z kolei w kierowcach widzą znerwicowanych szaleńców, wyprzedzających na trzeciego byleby tylko zyskać te 0,4 sekundy, na tym zakręcie. Kto ma racje? Bądź czyja racja jest bardziej mojsza niż twojsza?

Przepytałem podczas swoich codziennych wyjazdów kilku rowerzystów, a także rodzinę i znajomych, z nieznajomym kierowcą porozmawiałem tylko raz, nie chciałem wpływać na opinie tym że respondent rozmawia z osobą na rowerze o jej zachowaniu wobec cyklistów.

(Na rodzinę i znajomych pewnie miałem podobny wpływ, ale to już trudno).

Dodatkowo muszę zaznaczyć że „obszar badań”, jak sobie to szumnie nazwałem nie obejmuje centr wielkich miast, a jedynie trasy wiodące do takowych, obszary i tereny miast mniejszych, dróg co najwyżej wojewódzkich.

Wyszedł mi całkiem długi tekst, mimo to zachęcam :)

Przeklęte dwa kółka!

Jego wina!

Jego wina!

Zacznijmy może od zdania kierowców, co ich najbardziej denerwuje w rowerzystach? Na to pytanie, koleżanka Edyta Urbaniec, znana już czytelnikom Turystycznej z poprzednich wypraw,

odpowiada że „Wszystko!!! Nie lubię rowerzystów gdy jeżdżę autem”. Po chwili dodaje jednak, że są różni rowerzyści, mniejszy gniew spada na tych którzy jeżdżą szybciej, i nie mają tego pecha jechać wąską ulicą na której trudno wyprzedzać.

Zbyt powolna, niepewna jazda, „typ babci” na rowerze, brak świateł czy też pijani rowerzyści to najczęściej powtarzające się grzechy, wśród tych wymienianych przez kierowców. Kamil Jędryszek uważa że „Ogólnie to rowerzyści mnie nie denerwują jeżeli jeżdżą tak jak mają jeździć, zdarzają się takie święte krowy np. jedzie sobie starsza para na rowerkach obok siebie i dyskutują, takie to najbardziej wkurza”.

Tutaj muszę dodać że Kamil jest niegdysiejszym członkiem Stowarzyszenia Pana Rowera, cechowały go nienaganny styl prowadzenia jednośladu, i bezinteresowna troska o bezpieczeństwo jazdy swojej i swoich kompanów. Teraz gdy siadł za kierownicą potrafi wczuć się w rolę osoby na rowerze, dlatego też nie lekceważy ich. Podobnie wobec rowerowych użytkowników dróg zachowuję się kierowcy którzy od czasu do czasu lubią popedałować dla sportu.

Wspomniałem już wyżej o braku świateł, ten mankament może się skończyć tragicznie dla obu stron. Blisko 3/4 pytanych osób narzeka na brak świateł, odblaski na pedałach niby odbijają światło, jednak często za słabo, tych na kołach nie widać jadąc za rowerzystą, absolutnym minimum na drodze w nocy, jest czerwone światełko z tyłu roweru, migające dodatkowo zwiększy naszą widoczność. Zwykłemu zjadaczowi chleba nie potrzeba halogenów za 100zł, szczególnie jeśli jeździ w dzień, a o wieczory zahacza tylko w przypadku spóźnienia. Oczywiście nie zachęcam do jazdy tylko z tym jednym elementem oświetlenia, jednak wypadałoby je mieć biorąc pod uwagę cenę jak i własne bezpieczeństwo (w miarę dobre, kupimy za 6 zł).

Nieznajomość przepisów równie ważna, jeśli nie bardziej od oświetlenia. Widok rowerzysty nie znającego, bądź nie stosującego się do przepisów nie jest niczym szczególnym, najczęściej chodzi o zakręty w lewo. Kierowcy narzekają na zbyt późne wystawienie ręki i wykonanie manewru, bądź całkowite zignorowanie „kierunkowskazu” i skręcania prosto z prawej krawędzi na lewą bez zjeżdżania do osi jezdni. To jest chyba jeden z najpoważniejszych problemów, inne znaki czy przepisy rzadko traktują o rowerach, zakaz jazdy rowerem czy ścieżkę rozpozna każdy.

Następni to pijaczkowie, ich nieodłącznym elementem jest reklamówka z butelkami i wiekowa Ukraina, z rozmowy z rodzicami wiem iż taki osobnik spowodował ich wypadek, jadąc drogą w pewnym momencie zatrzymał się, i padł jak jak stał na środek drogi. Są najmniej przewidywalni, a co za tym idzie najniebezpieczniejsi.

Podczas moich rozmów nie spotkałem nikogo kto przejawiałby skrajną nienawiść do cyklistów, wszak była to niezbyt liczna grupa na którą mogłem sobie pozwolić biorąc pod uwagę prestiż miejsca publikacji tego tekstu, niemniej jednak w Internecie można spotkać osoby należące do skrajnej partii „antyrowerowej” którzy sugerują że rowerzystów w ogóle nie powinno być na drogach, a jedynie na chodnikach (gdzie jest to aktualnie zabronione*), że jeśli nie stać ich na auto to niech kupią motocykl (na motory i skutery narzeka więcej osób) bądź jeżdżą autobusami, czy wysuwają stwierdzenia że jak rowerzysta zagradza drogę „to zawsze rzucam go czymś co mam w samochodzie pod ręką”. Dobrze że osoby te znalazły swoją opozycje, która dosyć trafnymi argumentami pokonała ich w słownej batalii (w moim przekonaniu, gdyż na końcu użyli jedynego niepodważalnego komentarza „bo tak).

* Weszło rozporządzenie które zezwala na jazdę po chodnikach w czasie deszczów, ogólnie złych warunków atmosferycznych takich jak śnieg, gołoledź czy inne różne jesienno-zimowe paskudztwa.

Znowu ten #%&^@!

Rowerzysta! Brać go!

Rowerzysta! Brać go!

Jest też druga strona medalu, co sądzą rowerzyści kierowcach? Tutaj sytuacja przedstawia się gorzej, w przypadku rozmów z kierowcami mogli się przyczepić co najwyżej jednostek, rowerzyści mają im do zarzucenia sporo więcej. Na pewno bierze się to z faktu liczby obu pojazdów na drogach, gdy kierowca podczas swojej porannej trasy do pracy minie jednego czy dwóch cyklistów, istnieje małe prawdopodobieństwo że akurat któregoś z nich cechują wymieniane wyżej wady. Z kolei gdy rowerzysta pokonuje tą samą trasę ulicą, mija go mnóstwo samochodów i trafienie na delikwenta nie jest niczym nadzwyczajnym.

Dosiadających jednośladów wśród moich rozmówców było więcej, dodatkowo będę się tutaj wypowiadał jako jeden z nich, mimo tego że jestem z nimi duchem, nie będę przyjmował subiektywnej postawy.

Największym problemem jest zbyt bliskie wyprzedzanie, często przy nadmiernej prędkości. Samochody mijające się w taki sposób nie odczują tego w takim stopniu, gdyż każde z nich ma odpowiednią masę by nie dać się „zdmuchnąć” z drogi (choć kierowcy większych aut czasem mogą odczuć i takie zjawisko przy przejeżdżających tirach). Choć takie zdmuchnięcie z jezdni jest czymś rzadszym, co nie znaczy że nie występuje.

Pojawia się tu bardziej interesujące zjawisko, które sam przyuważyłem. A mianowicie, wiele osób (szczególnie starszych) jeździ skrajem jezdni minimalnie balansując na granicy drogi i pobocza, robi to po to by samochody nie mijały ich tak blisko, nie dzieję się tak gdyż kierowca widząc więcej miejsca będzie starał się wyprzedzić nawet gdy zna przeciwka nadjeżdża inny pojazd, i mamy takie błędne koło, im bardziej babcie jadą skrajem drogi, tym kierowcy częściej i bliżej je wyprzedzają, a im częściej to robią, to tym większym skrajem babcie jadą. Dodatkowo swoje robi stan dróg, a pobocza jezdni są najbardziej zniszczonymi fragmentami drogi.

Z własnego doświadczenia wiem, że lepiej jest jechać dalej od krawężnika, a w pewnych momentach (na szczególnie wąskich drogach), zablokować możliwość wyprzedzania poprzez zjechanie delikatnie w kierunku środka jezdni, by uniknąć wyprzedzenia przy nadjeżdżającym zna przeciwka samochodzie. Oczywiście trzeba zachować przy tym odpowiednio wysoką prędkość, a manewr przeprowadzić zawczasu by kierowca za nami mógł wyhamować. Podobną „taktykę” można stosować przy wjeździe na rondo, bądź skrzyżowania gdzie są pasy ruchu o różnych kierunkach. Zalecane dla tych, którzy pewnie czują się na rowerze.

Trąbienie na rowerzystów mimo że jest dozwolone (by zasygnalizować manewr wyprzedzania), to najczęściej powoduje niekontrolowany zwrot kierownicą w stronę dźwięku, u osób bardziej obytych z rowerem drgnie ręka, ale i tak zachwieje rowerem, inni mogą wjechać pod koła gorliwym wyznawcom kodeksu.

Dla bardziej zaawansowanych rowerzystów, solą w oku jest fakt że kierowcy lekceważą rowerzystów, i to takich którzy jak najbardziej są normalnymi uczestnikami ruchu. Nie rzadko zdarza mi się sytuacja w której mam pierwszeństwo musiał hamować bo najprawdopodobniej jestem tylko rowerem, a nie równorzędnym samochodem. Sytuacja w której kierowca wyprzedza rower, po czym hamuje i skręca zmuszając sekundę wcześniej wyprzedzanego do zatrzymania się, gdzie tu jest logika? Ciężko też przychodzi kierowcom określenie prędkości rowerzysty, czego przykładem są te dwie sytuacje.

Kopenhaga

Kopenhaga

Mam też taką ciekawą anegdotkę z moją własną osobą w roli głównej. Na drodze z Oświęcimia w kierunku Pław jest skrzyżowanie które ma pierwszeństwo inne niż prosta droga, dodam że jest to miejsce gdzie ten przepis jest nagminnie łamany. Pewnego razu ustąpiłem pierwszeństwa „elce” na tym skrzyżowaniu gdzie miałem pierwszeństwo (zatrzymałem się dlatego że z tamtej strony może być niewidoczna), owa elka również mi ustąpiła zgodnie ze znakami. Gdy kursant zrównał się już ze mną za skrzyżowaniem, instruktor przez otwarte okno spytał się mnie ironicznie (tak to odczułem):

- Po co kolega nas tam przepuszczał? Nie wie kolega że było tam pierwszeństwo?

Odpowiedziałem mu (możecie kiedyś cytować)

- Co mi przyjdzie z faktu że miałem racje jak nie będę żył?

Wytłumaczyłem mu później jak tutaj przestrzegany jest ten znak, to przyznał mi rację jednak.

Nawiązując do anegdotki, wiele samochodów nie przestrzega zasad gdy w pobliżu jest tylko rower, gdyż najprawdopodobniej nie spowoduje on dużych strat materialnych, co innego TIR czy większy samochód. Takie zachowanie wobec rowerzystów może powodować sytuacje w których „babcie” nie skręcają normalnie na skrzyżowaniach, a zsiadają i przeprowadzają rower z obawy o potrącenie podjeżdżając do osi jezdni, bądź przejeżdżając przez oba pasy ruchu.

Zastanowiłem się też na tym, jakich typów samochodów muszą bać się najbardziej rowerzyści. Może zacznę od tych który bać musimy się najmniej, są to zachodni kierowcy, taki Francuz czy Włoch nie wyprzedzi cię na wąskiej drodze, poczeka te kilka sekund. Zazwyczaj robię takiemu przysługę i zjeżdżam do krawędzi bardziej niż normalnie aby mógł sobie spokojnie przejechać, tylko przyklasnąć takiemu zachowaniu.

Kierowcy TIR i różnej maści ciężarówek, tutaj nie mam jednego wyrobionego zdania, są różni kierowcy, niektórzy zachowują naprawdę przyzwoite odległości przy wyprzedzaniu, podobnie jak wyżej, gdy widzę że jedzie za mną taka ciężarówka, a nie chce wyprzedzać mnie na chama, to również mu ustępuje zjeżdżając na pobocze, niektórzy nawet podziękują. Inni zaś wykorzystują swoją masę wielkość przy wyprzedzaniu samochodów, to co będą się przejmować rowerem.

Podobną opinię mają u mnie autobusy, nie wiem dlaczego u nich takie zacięcie na rowerzystów, może to że mogą być już spóźnieni? Złe wrażenie robią też chłopaki w tuningowanych golfach czy beemach z ostrą umcą, ci też zazwyczaj nie patrzy na cyklistów, gdyż on tutaj jest panem szosy.

Wyszło nam że…

Round one. Fight!

Round one. Fight!

Kto zatem ma przewagę w argumentach? Myślę że obie strony mają wiele na sumieniu, a stosunek liczby samochodów do rowerów może przechylać szalę na stronę tych drugich. Obie strony również wyolbrzymiają fakty pod wpływem emocji, bądź zmieniają zdanie o danej grupie przez jednego, nazwijmy to prosto, idiotę, który zepsuje wizerunek, jednej z nich, jakimś wyjątkowo niebezpiecznym bądź chamskim posunięciem. A osoby które dbają o wizerunek swojej grupy cierpią na tym najbardziej, gdyż to nie z ich winy są wyzywani.

Chciałbym na koniec zwrócić uwagę na kulturę jazdy w Polsce, zdjęcie z mnóstwem rowerów zostało zrobione w Kopenhadze, która jest prawdziwą mekką rowerowców, dodatkowy pas tylko dla rowerów, umiejętnie skonstruowane skrzyżowania które pozwalają często na bezkolizyjną jazdę, mnóstwo stojaków na rowery (nie ma sytuacji w której nie ma gdzie swojego skarbu zostawić), i wypożyczalnie rowerów za 20 koron, które działają na tej samej zasadzie co wózki sklepowe. Tam rower i samochód współistnieją w harmonii niczym Ład i Chaos w opowieści Vatrasa. O innych miastach słynących z rowerów się nie wypowiadam, ponieważ jak na razie byłem jedynie w Kopenhadze

W Polsce myślę taki stan rzeczy jest na razie nie do pomyślenia, nie tylko ze względów finansowych, choć mam nadzieję że wszystko idzie w dobrym kierunku, a co niektóre miasta mocno inwestują w infrastrukturę rowerową.

Polecam zapoznać się z zagadnieniem Masa Krytyczna (Critical mass).

Polska wiki
Angielska wiki
Zapytanie w Google dla leniwych

Podziękowania dla wszystkich tych, znanych i nie znanych z imienia, którzy przyczynili się do stworzenia tego artykułu.

Zapraszam do komentowania tekstu.

Konrad Lech

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 36 other followers