Nie
Jeszcze w tym roku chciałbym opisać moją wyprawę na Chorwację. Nieudaną. Wpis wypełniony będzie goryczą który wraz żalem i zniechęceniem nachodzą mnie za każdym razem jak pomyślę o tej trasie. Chodź niewątpliwie miała ona swoje dobre momenty, to jednak nie można uznać tego za sukces, to jak gdybym cieszył się z połowy przeczytanej książki kiedy chciałem przeczytać ją całą. Słyszę też głosy że to i tak sukces, ja bym nigdy się nie wybrała tam, opisz, może komuś się przyda, zobaczy jak to jest. No dobrze, opiszę, będzie krócej niż zazwyczaj.
Na szybko
Z początku wszystko szło gładko, pierwszy przystanek miałem zrobić w Czechach, w miejscowości Koprivnice gdzie zostałem ugoszczony przez Marketę z Honzą, był to mój pierwszy raz u kogoś, bo w Oświęcimiu teraz już często goszczę turystów. Niby małe miasteczko, niegdyś słynne z fabryki samochodów Tatra, a moi gospodarze pokazali mi ciekawe miejsca jakby to było centrum turystyki
Park, muzeum motoryzacji, zamek (tylko z zewnątrz) i zaprosili do herbaciarni która jak do tej pory była jedyną herbaciarnią w jakiej byłem. To może znaczyć że a) nie byłem nigdy w herbaciarni b) nie ma herbaciarni w okolicy. Byłem pozytywnie zaskoczony tym miejscem, jego kameralność objawiała się tym że większość siedziała na poduszkach na ziemi grając w gry planszowe, grając coś na bębnach, popalając sziszę, a każda herbata podawana była w oryginalnym naczyniu i ze słowami „smacznego” w języku z którego pochodzi. Ja brałem Yerbę Matę
Co więcej była z nami również mama Markety, prawdziwie młodzieńcza dusza. Co do samej herbaciarni, to założę sobie taką kiedyś. Jak będę miał dużo kasy. Czyli niebawem.
Z żalem żegnając Koprivnice ruszyłem w dalszą drogę, tym razem kolejnym większym przystankiem miał być Wiedeń, droga tam to dwie noce, pierwszą zaliczona na polu namiotowym „Przy Jeziorze” bez jeziora, następny nocleg na dziko w zagajniku już po stronie austriackiej, wszystko bez większych problemów do czasu gdy dnia w którym miałem dotrzeć do Wiednia odezwało się moje kolano. Nieszczęsne. Trzykrotnie otwierane. Podobno już dobre, widocznie nie do końca. Ale myślę sobie, nic, we Wiedniu mam trochę przerwy od pedałowania, pewnie przejdzie (jak już może udało wam się zgadnąć, nie przeszło).
We Wiedniu kolejny raz korzystałem z dobrodziejstw CouchSurfingu, mieszkałem u Manueli i Wolfa (friends with benefits). I choć nie mieszkali w centrum, metro we Wiedniu jest najlepszym metrem w jakim miałem okazję jeździć (nie jeździłem nigdy wcześniej), wszystko ładnie rozrysowane, wszędzie mapki, kolory odpowiednie dla konkretnej linii, nie da się zgubić. Sam pobyt we Wiedniu bardzo ciekawy, byłem w dwóch muzeach, jednym poświęconym historii naturalnej, drugie to muzem historii sztuki. Muzeum broni i uzbrojenia było w tym czasie zamknięte z powodu remontu. Przechadzałem się po ogrodach pałacu Schonbrunn, po rynku, po okolicach wzdłuż rzeki Dunaj. Nie narzekałem na brak zajęć.
Noga czasem się odzywała, choć do większości miejsc jeździłem metrem. Następnego, czyli trzeciego dnia, wyjechałem z Wiednia już w kierunku Chorwacji nie mając w planie dłuższych przestojów. Jednak po nocy spędzonej na dziko postanowiłem wrócić do Wiednia i przyjechać pociągiem do domu.
Życie…
Czyli dojechałem jeden dzień za Wiedeń.
Nie chciałem zostać gdzieś pośrodku słoweńskiego lasu nie mogąc się ruszyć. Z jednej strony mogłem jechać dalej, rozłożyć sobie to na mniejsze części, przeczekać z drugiej strony irytacja i takie poczucie że jednak nie wszystko zależy ode mnie, wygrało. Teraz zawsze jak o tym pomyślę, to aż mi się już nie chce jeździć. Mam nadzieję że mi przejdzie do wakacji, albo przerzucę się na inny środek transportu. To była dla mnie porażka życia. Mimo wszystko dziękuję niektórym za słowa otuchy.
Pozdrawiam i preposterous new year



Dobrze, że posłuchałeś “głosów”
To jednak wyczyn. Szkoda, że tak mało zdjęć.